Firewalking – Anastenaria prastary obrzęd chodzenie boso po ogniu

Anastenaria jest to firewalking chodzenie po ogniu, a właściwie taniec sakralny na rozżarzonych węglach, który wykonuje się bosymi stopami. Tradycja „chodzenia po ogniu” sięga setek, a nawet tysięcy lat. W Europie anastenaria przetrwała do dziś na Bałkanach, w Macedonii, że na żarzące się węgle może wejść tylko ten, kto jest wewnętrznie oczyszczony. W naszych czasach, chodzenie po ogniu organizowane jest jako rozrywka dla turystów w Bułgarii, w ośrodkach anastenariów.

Jest to doskonały trening motywacyjny. Gdy chodzimy po ogniu, każda część stopy styka się wielokrotnie z drobnymi węglikami o temperaturze ok. 600-700 stopni Celsjusza.

Po ogniu można chodzić nie oglądając się na żadne aspekty religijne po żarzących się węglach. To myśl o tym uprzedza stopy, aby nie reagowały na żar, że fenomen chodzenia „po ogniu” ból wywołany żarem, tylko o niewrażliwość ciała na zetknięcie się z żarem.

Skrzypkowie długo stroili swoje instrumenty, wreszcie jeden z nich zaintonował melodię, którą podchwycili pozostali. Zabrzmiała muzyka skoczna, a jednocześnie monotonna. Do skrzypków dołączył perkusista… Była to typowa muzyka transowa. Podobne dźwięki słyszymy i w Azji, i w Ameryce Południowej oraz w sercu czarnej Afryki. Wszędzie tam, gdzie muzyka służy drastycznemu zmienianiu stanu świadomości.

Boso po rozżarzonym żelazie i zanurzających dłonie w tyglu z roztopionym ołowiem. Zapewne w najbliższych latach będziemy mieli już kompletne wytłumaczenie fenomenu niereagowania żywej skóry na żar.

Cały ten tekst został zebrany w całość w październiku 2004 roku i umieszczony właśnie w naszym serwisie.
Życzę Ci miłego czytania i wyciągania wniosków!

Artur Ziemacki

Trener Firewalkingu, Teatr Tancerzy Ognia SALAMANDRA

Chodzenie boso po ogniu nasi przodkowie nazywali Anastenariami

Kobiety zapaliły przed ołtarzem w kącie konaki grubą świecę o długości ponad metr, podobną do znanych w Polsce świec paschalnych. Stamatis Liuros, trzymając w rękach ikonę, zaczął krążyć przestępując z nogi na nogę w rytm muzyki i zbliżał się do stojących w okręgu uczestników uroczystości, którzy żegnali się trzykrotnie krzyżem świętym. Do przywódcy anastenaridów powoli dołączali inni, mężczyźni i kobiety. Każda z tych osób zbliżała się najpierw do ołtarza, całując z czcią świętą ikonę, a potem włączała się do grupy taneczników.

Była to żarliwa modlitwa w tańcu, coś dla nas, Polaków, dziś ogromnie egzotycznego. A przecież jeszcze w latach międzywojennych mieliśmy w Polsce znaczną grupę obywateli wyznania mojżeszowego, szczególnie pobożnych “chasydów”. Wychodzili oni z założenia, że człowiek, który jest ponury i niezadowolony ze swego losu, ubliża Stwórcy. Człowiek powinien być Mu wdzięczny nie za majątek, którym go obdarza, ale za samo to, że został stworzony. “Chasydzi” radosnym tańcem wielbili Boga.

Sakralny taniec w konaki trwał długo, około trzech godzin. Koniec maja w Grecji to już lato w pełni. Temperatura w konaki sięgała trzydziestu kilku stopni i pot z taneczników lał się strumieniami. Co pewien czas słychać było ostry, krótki krzyk – jak gdyby bólu, a czasem któryś z taneczników zanosił się krótkim szlochem. To objawy tego, co w języku psychoterapii nazywa się odreagowaniem.

Anastenaridowie przeżywali w konaki odreagowanie różnych stresów. Przygotowywali się do mającej nastąpić nazajutrz uroczystości tańca na rozżarzonych węglach. Pani profesor dr Dede, opiekująca się Polakami, wiedząc, że mam już jakieś doświadczenie nestinarskie z Bułgarii, na moją prośbę zwróciła się do przywódcy anastenaridów z pytaniem, czy zgodziłby się dopuścić Polaka do udziału w anastenariach.

Wiedziałem, że jest to niemożliwe, tym bardziej że chwilę wcześniej Stamatis Liuros odmówił tego właśnie młodemu człowiekowi z Finlandii, prawosławnemu, a więc współwyznawcy. Człowiekowi, który ukończył właśnie studia religioznawstwa na Uniwersytecie w Helsinkach i pisał pracę magisterską o różnych obyczajach związanych z kościołem wschodniochrześcijańskim. Moje szansę były zatem znikome. A tymczasem Stamatis Liuros przyjrzał mi się bardzo uważnie i powiedział: “Tak, ten może”. Proszę mi wierzyć, że poczułem się niesłychanie wyróżniony. Bo przecież w Grecji chodzenie po ogniu nie jest zabawą. Jest to misterium religijne, które traktuje się bardzo poważnie.

Stamatis Liuros postawił jednak warunek. Dopiero drugiego dnia uroczystości wolno mi będzie wejść z grupą anastenaridów na rozżarzone węgle. Pierwszego dnia miałem uważnie przyglądać się wszystkim ruchom taneczników, aby później nie wyróżniać się jako obcy.

Pierwszego wieczora uczestniczyłem więc tylko jako bierny obserwator ceremonii anastenariów.

Plac w mieście Langadas, na którym to się odbywało, obstawiony był ławkami i krzesłami dla widzów. Wewnątrz ustawiono krąg z wysokich, żelaznych krat, takich, jakie stawia się wokół areny cyrkowej, gdy ma się odbyć popis tresury najdzikszych tygrysów bengalskich. Dopiero wewnątrz tego kręgu znajdował się krąg żarzących się węgli.

Gdy zbliżał się moment nadejścia procesji, śpiewającej pieśń religijną, zajechała ze zgrzytem opon karetka pogotowia, a kraty otoczone zostały dużą grupą mundurowych policjantów. Pilnujących, aby jakiś szalony turysta nie rzucił się nieopatrznie na ognisty krąg. Na czele procesji szedł Stamatis Liuros z ikoną, za nim grupa anastenaridów trzymających w rękach święte chusty – amanetie. Najpierw okrążono ognisty krąg, a potem zaczął się sakralny taniec na ogniu.

Następnego dnia całe przedpołudnie spędziłem w konaki tańcząc razem z anastenaridami, ale w kącie izby, pod ścianą. Nie chcąc być nachalnym nie mieszałem się z grupą.

Gdy nadszedł moment, aby zgromadzić się przed świętą izbą i wyruszyć na plac, gdzie już dopalało się ognisko, byłem już w takim stanie świadomości, w takim “transie”, że gotów byłem nie tylko stąpać po ogniu, ale nawet wejść w ścianę ognistą…

Starożytny Rzym i historia chodzenia po ogniu firewalking’u

Niewrażliwość ludzkiego ciała na wysokie temperatury sięgające kilkuset stopni Celsjusza jest zagadką, która intrygowała już starożytnych, a nad której wyjaśnianiem nadal biedzą się współcześni naukowcy. Uczony rzymski z początku naszej ery, Pliniusz Młodszy, napisał:

Nieopodal Rzymu zamieszkiwały sławne rodziny, których członkowie podczas dorocznych ceremonii składania ofiar Apollinowi chodzili po żarzących się węglach nie parząc się przy tym. Z powodu tej ich właściwości byli zwalniani od służby w wojsku i innych obowiązkowych świadczeń.

Chodzenie po ogniu znane jest też w północnej Afryce. Egipscy muzułmanie traktują tę czynność jako dowód duchowego oczyszczenia i wiążą jaz obrzędami dziesięciu dni żałoby, którymi rozpoczyna się każdy nowy rok mahometański. Ascetyczni marabutowie nie poprzestają na deptaniu po płonących węglach, niektórzy biorą do rąk, a nawet liżą rozżarzone pręty żelazne.

Zmarły w 1978 roku polski etnolog i antropolog, Aleksander Lech Godlewski, miał możność obserwować chodzenie po ogniu latem 1938 roku na wyspie Raiatea w archipelagu Wysp Towarzyskich. Profesor miał szczęście, bo w czasie, gdy przebywał na wyspie, zawinął tam duży jacht wiozący na pokładzie bardzo bogatych Amerykanów. Wiedzieli oni, że na wyspie żyje czarownik Teriipao, który organizuje religijne uroczystości połączone z chodzeniem boso po żarzących się węglach. Amerykanie hojnie sypnęli dolarami, co skłoniło czarownika, aby specjalnie dla nich zorganizował taki pokaz. Wykopano rów na osiem metrów długi i na sześć metrów szeroki. Wypełniono go grubymi klocami kasztanowców. Ten olbrzymi ziemny piec rozpalał się przez 36 godzin. Tymczasem Teriipao ze swymi ludźmi udał się na poszukiwanie świętej rośliny ti. Istnieje, bowiem w Oceanii i we wschodniej Azji wiara, że liście tej rośliny, którą botanicy nazywają dracena terminalis, chronią przed poparzeniem.

Gdy ludzie czarownika Teriipao zdobyli już liście rośliny ti, śpiewając uroczyste pradawne pieśni, zanieśli je do ruin starej świątyni pogańskiej, znajdującej się w dżungli. W marszu śpiewali:

Obudźcie się, powstańcie bogowie, idźcie do pieca, wodo słodka i wodo słona idźcie tam także, rozkażcie robaczkom ziemi czarnej i robakowi świecącemu, aby poszli do pieca.

Następnego dnia przyniesiono święte liście ti, a tymczasem publiczność zgromadziła się wokół ognistego ziemnego pieca. Żar buchał z niego taki, że turyści musieli się umieścić w przyzwoitej odległości – kilkunastu metrów. Bliżej nie można było wytrzymać. A tymczasem czarownik Teriipao stał nieruchomo na samym skraju tego rowu. Od strony dżungli ukazała się procesja złożona z młodych ludzi płci obojga. Szli i śpiewali:

O, istoty ziemne, pozwólcie nam przejść po swych ogniach. O, wielka niewiasto, która kładziesz ogień w niebie, trzymaj liść, który ochładza ogień i pozwól nam iść do pieca.

Procesja wkroczyła do pieca śpiewając nieustannie. Szli powoli, nie oglądając się na boki, twarze kroczących były spokojne. Kiedy już wszyscy przeszli całą długość pieca, czarownik krzyknął: “Z powrotem!”

I znów korowód ruszył poprzez straszliwy żar. Gdy przeszli, Teriipao zwrócił się z pytaniem do gromadki białych: “Który z was zdecyduje się przejść?” Ośmielił się tylko jeden człowiek – młody francuski misjonarz. “Nie patrz poza siebie” – krzyknął czarownik ostrzegawczo – “bo możesz się mocno sparzyć”. Młody ksiądz przeszedł przez całą długość ognistego pieca, a wówczas… wszyscy rzucili się i na niego, i na tych młodych miejscowych ludzi, aby obejrzeć uważnie ich stopy. Nie było żadnych śladów oparzeń.

Ogniu, krocz ze mną

Pięciometrowy, szeroki rów wypełnia tlące się drewno.

Bucha żar. Faluje nagrzane powietrze. Stłoczeni przy ogrodzeniu z lin turyści nie kryją podniecenia. Za chwilę staną się świadkami czegoś, co nie ma prawa się zdarzyć…

Zaczęło się! Tam-tamy i piszczałki anonsują pojawienie się świątecznie przyodzianych Hindusów. Niosą wizerunki wielkiego Brahmy, Wisznu, Siwy i innych, pomniejszych bóstw. Modlą się w skupieniu przy coraz szybszych, coraz donośniejszych dźwiękach muzyki. Nagle od egzotycznej procesji oddziela się kilku Hindusów. Zbliżają się do rozgrzanego rowu i wkraczają bosymi stopami na ognistą ścieżkę. Publika zamiera, wpatrując się w aktorów tego niezwykłego pokazu. Idą po ogniu, jakby stąpali po miękkim dywanie! Czary? Zbiorowa halucynacja?

Po tym trwającym blisko godzinę misterium Hindusi demonstrują swoje stopy – nie ma na nich śladów oparzeń, nie ma pęcherzy. Ogień nie tknął ciała!

Hipnotyczny czar płomieni

Chodzenie po ogniu to tradycja sięgająca pradawnych czasów, obecna w różnych kulturach, w różnych częściach świata. W starożytnym Rzymie istniały całe rodziny specjalizujące się w tej sztuce. Muzułmanie z Egiptu do dziś tym obrządkiem rozpoczynają każdy nowy rok mahometański. Członkowie plemienia Nahimbu z Tanzanii nie dość, że spacerują po ogniu, to jeszcze obsypują swe ciała rozżarzonymi węglami i smagają się głowniami wyjętymi z ogniska. Za pan brat z ogniem są również mieszkańcy wysp Fidżi, a także magowie z Tahiti, których specjalnością są spacery po gorącej wulkanicznej lawie.

Tahiti, wyspy Fidżi… Ktoś mógłby powiedzieć, że w tak egzotycznych krainach można z powodzeniem umiejscowić smoka, szklaną górę bądź latającą krowę. Niedowiarkom, którzy chcieliby tak właśnie potraktować historie o spacerach po ogniu, polecam wycieczkę do znacznie nam bliższej Bułgarii, gdzie można na własne oczy obejrzeć taniec na ogniu.

Nestinarstwo (tak nazywa się tutaj chodzenie po ogniu) prezentowane jest w Bułgarii głównie żądnym wrażeń turystom i ma dzisiaj charakter bardziej przedstawienia niż mistycznego obrządku. Niegdyś było to wszakże misterium ściśle powiązane z religią. Bułgarzy przenieśli je do chrześcijaństwa z pradawnych, pogańskich wierzeń.

W górach Strandży nestinarstwo uprawiały od niepamiętnych czasów głównie kobiety. Przed tym obrządkiem spędzały długie godziny w cerkwi, gdzie spowiadały się, odprawiały pokutne modły i przyjmowały komunię. W tym czasie w pobliżu świątyni płonęły już ułożone w krąg grube bierwiona. Opuszczające cerkiew nestinarki witała muzyka grana na ludowych instrumentach.

Kobiety podchodziły do rozgrzanego kręgu (temperatura dochodziła tu do 500ĄC) i bosymi stopami wstępowały na tlące się ognisko. Szybkimi, drobnymi krokami przecinały całe koło i krążyły niemal z wdziękiem po jego obwodzie.

– Jak tylko zaczyna grać muzyka – mówi jedna z bułgarskich nestinarek – wydaje mi się, że cała krew ucieka z moich nóg, stopy mi drętwieją, a ja wtedy unoszę się jak gdyby nad rozżarzoną ziemią. Wydaje mi się, że lecę, że w ogóle nie dotykam ognia. To zresztą bardzo proste: trzeba iść po dysku bardzo szybko drobnymi kroczkami i – co najważniejsze – należy mocno podginać palce.

Gdy zastanawiamy się nad zagadką różnych form igrania z ogniem, na wstępie musimy dokonać rozróżnienia: czym innym jest nieczułość na gorąco, a czym innym jest niewrażliwość na gorąco. Nieczułość na gorąco nietrudno uzyskać wstrzykując pod skórę na przykład nowokainę. Człowiek o tak uniewrażliwionych dłoniach będzie brał do rąk rozżarzone do czerwoności żelazo nie czując bólu, ale potem będzie to musiał odkupić wielomiesięcznym pobytem w szpitalu…

Chodzenie po ogniu nie polega na nieczułości na ból, lecz na niewrażliwości ciała na bardzo wysoką temperaturę. Nie wiemy do tej pory, co jest przyczyną wystąpienia takiego stanu organizmu człowieka. Od strony fizykalnej zjawisko jest w dalszym ciągu trudne do zinterpretowania. Na razie możemy tylko domniemywać, że warstwę ochronną- być może – tworzy zimna plazma fizyczna (zwana bioplazmą), występująca blisko powierzchni ciała. W ten sposób chyba należałoby interpretować zjawisko opisane przez dr Ochorowicza, obserwowane przez niego w latach 1909-1911 podczas eksperymentów ze Stanisławą Tomczykówną. Kobieta ta, będąc w stanie głębokiej hipnozy, zbliżała rękę do płomienia, który odsuwał się od niej, jakby odpychała go niewidzialna warstewka otaczająca dłoń.

Od lata 1972 roku, po parę razy w roku, prowadzę w Polsce zajęcia teoretyczne i praktyczne pod hasłem “chodzimy po ogniu”. Dla osób, które nie miały możliwości w nich uczestniczyć, dam krótki instruktaż. Jeśli chcemy na wakacjach zorganizować sobie chodzenie po ogniu, musimy przede wszystkim staranie przygotować ognisko. Podłoże musi być twarde, nie może to być grząski piasek. Drewno musi być w grubych klocach, najlepiej o średnicy ramienia dorosłego mężczyzny. Stos takiego drewna należy podpalić naraz., żeby część nie spaliła się na biały popiół, podczas gdy reszta będzie tylko osmalona płomieniem. Gdy pozostanie już kupa czerwonego żaru, należy j ą rozgarnąć żelaznymi grabiami lub innymi narzędziami o bardzo długich trzonkach, aby węgielki tworzyły cienką warstwę. Stopy nie mogą się zapadać w żarzących się węglach! Nieopodal ogniska należy zwilżyć ziemię, by w tym miejscu była chłodniejsza niż dookoła.

A teraz instrukcja dla chętnych do chodzenia boso po żarze: po pierwsze – wchodząc na żar nie wolno myśleć o innych sprawach, a tylko o tym, co się robi. To właśnie daje ochronę przed gorącem. Nie rozglądać się na boki! Nie oglądać się za siebie! Mieć uwagę skupioną na swoich stopach, które stąpają po ogniu! Punkt drugi- przed wejściem na ogień trzeba poczuć chłód pod stopami. Można to osiągnąć wyłącznie za pomocą wyobraźni, a można także jej pomóc, depcząc przez chwilę, przed wejściem na ogień, po ziemi zwilżonej i dzięki temu chłodniejszej, smakując chłód pod stopami. Punkt trzeci- należy zawsze zacząć chodzenie po ogniu od przejścia zaledwie paru kroków, ścinając koło po małej cięciwie; znów poczuć chłód pod stopami i znów wejść w ogień – tym razem przechodząc dłuższą drogę. Należy stawiać drobne kroczki, nie podrzucać kolan. Nie skakać, lecz chodzić!

Cenną pomocą może tu być odtwarzane głośno z taśmy magnetofonowej nagrania Synchro-Theta-2 Anastenaria i poruszanie się w rytmie greckiej muzyki transowej.

To samo nagranie może nam też posłużyć do eksperymentu z uodpornieniem dłoni na żar.

Należy w tym celu przesłuchać to nagranie z zamkniętymi oczami od początku do końca. Potem odwrócić kasetę, po drugiej stronie znajduje się to samo nagranie po to, aby nie trzeba było cofać taśmy. Słuchać po raz drugi. Gdy skończy się muzyka dzwonów i chór braminów śpiewających “mantrę”, gdy zaczyna się muzyka transowa, popić zimnego płynu wyobrażając sobie jak ręka staje się zimna, jej temperatura spada coraz bardziej, dłoń staje się zimna, bardzo zimna… zupełnie bez czucia…

Potem należy podmuchać na opuszkę palca wskazującego, żeby poczuć tam chłód, i na sekundę przytknąć czubek żarzącego się papierosa. Jeżeli stwierdzimy, że nie spowodowało to oparzenia, możemy teraz posunąć się o krok dalej. Znów podmuchamy na opuszkę palca, aby uczuć na niej chłód. Teraz można wziąć palącego się papierosa pomiędzy kciuk a palec wskazujący: koniec żarzący się pod palec wskazujący, a filtrem w stronę kciuka. Jest to możliwe przez 2-3 sekundy. Można też podmuchać na palec na całej długości, po czym płomieniem zapalonej zapałki wolno wodzić wzdłuż palca, l w tym przypadku się nie sparzymy.

Ale nie róbmy takich eksperymentów bez należytego przygotowania, “na wariata”. W takim wypadku możemy odczuć skutki doświadczenia bardzo dotkliwie!

Zwykle chodzi się po żarzących się węglach ogniska, na wyspach Fidżi chodzi się po rozpalonych kamieniach, a na Hawajach kahuni chodzą po ledwo zakrzepłej, gorącej lawie.

W latach powojennych w związku z laicyzacją życia w Bułgarii zanika nestinarstwo religijne, natomiast powstaje jego świecka odmiana za sprawą młodych ludzi nastawionych antyreligijnie, którzy udowodnili praktycznie, że bez przygotowania religijnego również możliwe jest chodzenie boso po rozżarzonych węglach. Obecnie już od wielu lat można w Bułgarii oglądać pokazy nestinarstwa świeckiego. Organizowane są w miejscowościach, gdzie z różnych krajów tłumnie zjeżdżają się turyści. Od roku 1968 nie tylko wielokrotnie oglądałem takie “świeckie nestinarki”, ale także uczestniczyłem w nich czynnie. Gdy pierwszy raz obserwowałem pokaz nestinarki w Primorsku, w miejscowości położonej nad Morzem Czarnym, blisko granicy tureckiej, postanowiłem spróbować, chociaż na małą skalę, niewrażliwości własnych stóp na żar. W tym celu stanąłem w grupie turystów otaczających ognisty krąg tuż przy rozpiętym dookoła sznurze. Korzystając z ciemności, bo takie pokazy odbywają się w nocy, już podczas trwania pokazu byłem przygotowany, aby wejść na żarzące się węgle, natychmiast gdy tylko demonstrujący taniec nestinarski zejdą z ognistego kręgu.

Zagrała ludowa kapela. Wykonywano szybki taniec ludowy – raczenicę. Jej krok nadaje się doskonale do pokazu tańca na żarzących się węglach, ponieważ układ taneczny w gruncie rzeczy zasadza się na przestępowaniu z nogi na nogę w bardzo skomplikowanym rytmie, jak to zwykle bywa w bułgarskich ludowych tańcach i śpiewach. Grupka tancerzy w pięknych strojach zakończyła swój pokaz. I gdy jeszcze trwały oklaski, postawiłem nogę na żarzących się węglach i szybko cofnąłem. Stwierdziłem, że nic się nie stało. Wobec tego zdecydowałem się wejść do ognistego kręgu ponownie i natychmiast się cofnąć… Znowu nic… To mnie ośmieliło i pozwoliłem sobie na bieganie po rozżarzonych węglach, a towarzyszyli mi jeszcze dwaj panowie, z którymi umówiłem się, że pokażemy Bułgarom, iż “Polacy nie gęsi” i też po ogniu chodzić potrafią.

Greckie anastenaria różnią się zasadniczo od współczesnego nestinarstwa bułgarskiego. Anastenaria to ten sam starożytny obyczaj chodzenia po ogniu. Anastenaridowie są pobożnymi grekokatolikami i nie stanowią żadnej sekty ani odłamu wschodniego kościoła. Po prostu kultywują prastarą trądy ej ę lokalną.

Obecnie w Grecji są jeszcze dwa żywe ośrodki w Agia Eleni i w Langadas, miasteczku odległym od Salonik o 40 kilometrów.

O tym, że anastenaria są obyczajem starożytnym, przechowanym po przyjęciu chrześcijaństwa, świadczy choćby to, że podczas świąt – św. Heleny i św. Konstantyna, które w Grecji wypadają 21 i 22 maja, rytualnie zabija się zwierzęta ofiarne, z których potem gotuje się uroczysty obiad dla całej grupy anastenaridów. Składanie ofiar zwierzęcych jest przecież czymś z gruntu obcym tradycjom chrześcijańskim.

Z greckimi anastenariami miałem możność zapoznać się bliżej w roku 1985. Było to w Langadas, miejscowości odległej o 40 km od Salonik. Zostałem tam zaproszony przez panią doktor Manganas z Aten.

Zjawiliśmy się w Langadas już w przeddzień, żeby przyjrzeć się przygotowaniom, które odbywały się w świętej izbie o nazwie konaki. Usytuowano ją w małym parterowym domku, w którym były tylko dwa pomieszczenia – wielka podłużna izba o niskim pułapie i maleńka kuchenka. Gdy zjawiliśmy się wieczorem 20 maja, w konaki znajdowało się już sporo osób czekających na rozpoczęcie modlitwy w tańcu. W kącie urządzony był improwizowany ołtarz. Na wąskiej półce zawieszonej na ścianie ustawiono święte ikony, zwieszały się z półki liczne czerwone chusty, tak zwane amanetie, naszywane blaszkami wotywnymi, podobnymi do tych, które widuje się w niektórych kościołach katolickich w Polsce.

Izba zaczęła się napełniać anastenaridami, a także turystami, którzy zjeżdżają się chętnie do Langadas, aby być świadkami tak niezwykłych pokazów. Każdy z wchodzących zbliżał się do ołtarza, trzykrotnie żegnał i zapalał małą cieniutką świeczkę ofiarną, którą wtykał w misę napełnioną piaskiem, stojącą na podłodze.

Zjawił się Stamatis Liuros, przywódca grupy anastenaridów w mieście Langadas, niosąc glinianą kadzielnicę. Dymem okadził ikonę i amanetie, ucałował z czcią świętą ikonę. Zjawili się też czterej muzykanci – trzej mieli ze sobą liraki, ludowe skrzypce podobne do góralskich gęślików; czwarty miał zawieszony na rzemieniu duży bęben, w który uderzał na przemian okręconą na końcu wojłokiem grubą pałką i cienką witką, tak że bęben grał dwugłosowo.

Anastenaria jest to chodzenie po ogniu, a właściwie taniec sakralny na rozżarzonych węglach, który wykonuje się bosymi stopami. Tradycja „chodzenia po ogniu” sięga setek, a nawet tysięcy lat. W Europie anastenaria przetrwała do dziś na Bałkanach, w Macedonii. Przez Kościół prawosławny traktowane jest to jako dowód oczyszczenia jeszcze do niedawna wierzono, że na żarzące się węgle może wejść tylko ten, kto jest wewnętrznie oczyszczony, wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą.

Jest to prastary obyczaj tolerowany przez prawosławie. W naszych czasach, chodzenie po ogniu organizowane jest jako rozrywka dla turystów w Bułgarii i jako obrządek religijny w Grecji, w ośrodkach anastenariów.

Według, prowadzącego od lat anastenaria Lecha Eufazego Stefańskiego, wszyscy ludzie, którzy zostaną odpowiednio poinstruowani i trzymają się tego instruktażu mogą boso przebiegać przez żarzące się węgle, a nawet wykonywać na nich taneczne kroki, nie parząc się przy tym.

Jest to forma zabawy, która przynosi pożytek zarówno fizjologiczny jak i psychologiczny. Z punktu widzenia psychologicznego, jest to doskonały trening motywacyjny. Człowiek, który przeszedł przez to doświadczenie po raz pierwszy, drugi i piąty przekonuje sam siebie, że jest zdolny do czegoś, co dotychczas uważał za niewykonalne. Zaczyna wierzyć, że jest zdolny do pokonywania innych trudności, do pobijania innych rekordów.

Z punktu widzenia fizjologicznego korzyść polega na stymulacji odpowiednich punktów na nogach. Jak wiemy człowiek ma na stopach receptory odpowiadające różnym częściom ciała i organom wewnętrznym. Gdy chodzimy po ogniu, każda część stopy styka się wielokrotnie z drobnymi węglikami o temperaturze ok. 600-700 stopni Celsjusza. Wszystkie receptory zostają bardzo mocno pobudzone. Skutek jest taki, że uczestnicy tego rytuału są bardzo ożywieni, dopisuje im dobry humor, a na drugi dzień, ci którzy mieli katar, stwierdzają, że zniknął bez śladu.

W Bułgarii przeprowadzono doświadczenie, z których wynika, że po ogniu można chodzić nie oglądając się na żadne aspekty religijne. Z drugiej jednak strony okazało się, że człowiek, który myśli w tym czasie o swoich codziennych sprawach poparzy się. Jest w tym wszystkim, zatem jakiś aspekt wymagający wewnętrznego skupienia i oczyszczenia. Trzeba wyzbyć się wszelkich myśli o sprawach codziennych, skupić się na tym, co się robi, nie rozglądać się na różne strony. Trzeba przez cały czas zdawać sobie sprawę, że właśnie idziemy po żarzących się węglach. To myśl o tym uprzedza stopy, aby nie reagowały na żar.

Lech Eufazy Stefański uważa, że fenomen chodzenia „po ogniu” nie polega na sposobie znieczulenia skóry. Znieczulić skórę można bardzo prosto podskórnym zastrzykiem nowokainy czy też hipnozą, ale nie o to chodzi. Skóra znieczulona będzie się przypiekała, a po ustąpieniu znieczulenia wystąpią najdotkliwsze objawy oparzeń. Tu chodzi nie o nieczułość na ból wywołany żarem, tylko o niewrażliwość ciała na zetknięcie się z żarem.

W końcu XIX wieku ukazała się książka znakomitego polskiego badacza Juliana Ochorowicza „Wiedza tajemna w Egipcie”, w której autor opisuje pracowników huty przebiegających boso po rozżarzonym żelazie i zanurzających dłonie w tyglu z roztopionym ołowiem. Interpretuje to zdolnością skóry do nawilżania się, przekształcania się wilgoci w stan sferyczny i tworzenia w ten sposób warstewki ochronnej na ciele człowieka. Oczywiście nie jest to wystarczająca interpretacja. Rozwijająca się od 30 lat w różnych uniwersyteckich ośrodkach badawczych na świecie bioelektronika, próbuje wyjaśnić to zjawisko. Ta warstewka z punktu widzenia bioelektronicznego, to fizyczna plazma biologiczna, tzw. bioplazma.

Zapewne w najbliższych latach będziemy mieli już kompletne wytłumaczenie fenomenu niereagowania żywej skóry na żar.

Żywioł ognia budzi w nas respekt, a czasem lęk. Bez niego jednak nie wyobrażamy sobie życia. To on, pod postacią dobroczynnego żaru, nie pozwala nam zamarznąć w mroźną noc. Temperatura dogasającego ognia, czerwonego żaru (około 500°C), bywa niekiedy dla naszych stóp nie tylko nieszkodliwa, lecz… “drażniąco rozkoszna”. To nie żart!

Wszyscy ludzie, którzy zostaną odpowiednio poinstruowani i postępują zgodnie z tymi instrukcjami mogą boso przejść przez żarzące się węgle. Temperatura czerwonego żaru wynosi 600-700 stopni Celsjusza.

Zdolność do chodzenia po żarze jest najprawdopodobniej atawistyczną zdolnością odziedziczoną po przodkach. Dzięki niej praludzie żyjący w afrykańskiej sawannie wchodzili na rozpalone zgliszcza, aby żywić się naturalną pieczenią z padłych podczas pożarów zwierząt..

Dlaczego my chodzimy po rozżarzonych węglach

Przejście przez ogień nie jest żadnym cudem, pomimo to wymaga przezwyciężenia głęboko zakorzenionych oporów. Jest aktem zwycięstwa nad samym sobą i praktyką podnoszącą bioenergetykę, wpływa na poprawienie nastroju i poczucie lekkości.

Z punktu widzenia psychologicznego jest to doskonały trening motywacyjny. Człowiek, który przeszedł przez to doświadczenie po raz pierwszy, drugi, trzeci, przekonuje sam siebie, że jest zdolny do czegoś, co dotychczas uważał za niewykonalne. Zaczyna wierzyć podświadomie, że jest zdolny do pokonywania również innych trudności. Jak sadzisz, warto mieć taką nieuświadomioną, atawistyczną wiarę?

Ponadto podczas chodzenia po rozpalonych węglach następuje stymulacja punktów akupresurowych na stopach. Gdy idziesz po ogniu twoje receptory zostają bardzo mocno pobudzone. Często u osób, które przeszły po żarze, na drugi dzień ustępują dolegliwości: katar, ból głowy….

Z doświadczenia wiem, że przejść po żarze może każdy, kto zachowuje zdrowy rozsądek i stosuje się do instrukcji prowadzącego. Osoby rozkojarzone lub nadmiernie pobudzone mogą się poparzyć. Jest zatem w tym chodzeniu bardzo ważny aspekt wymagający wewnętrznego skupienia Trzeba wyzbyć się wszelkich myśli o sprawach codziennych, nie rozglądać się na różne strony, skupiając się na tym, co się robi. Trzeba zdawać sobie sprawę, że właśnie wejdziesz na żarzące się węgle o temperaturze ok. 700 stopni Celsjusza.

Julian Ochorowicz w książce „Wiedza tajemna w Egipcie” opisuje pracowników huty przebiegających boso po rozżarzonym żelazie.

Rozwijająca się od 30 lat w różnych uniwersyteckich ośrodkach badawczych na świecie bioelektronika próbuje wyjaśnić to zjawisko. Według uczonych na skórze stopy tworzy się warstwa, która z punktu widzenia bioelektroniki jest fizyczną plazmą biologiczną, tzw. bioplazmą.

Jak przygotować chodzenie po ogniu?

Do utworzenia ścieżki ognia dla grupy liczącej do 20 osób potrzeba do dwóch metrów sześciennych drewna. Gatunek drewna jest istotny, ale spotkałem się z osobami, które mają inne doświadczenie od mojego. Ja staram się zawsze używać drewna z drzew liściastych, aby uniknąć poparzeń roztopioną żywicą. Dobrze jest, aby szczapy były równej wielkości, choć często trudno jest spełnić ten warunek.

Przygotowanie uczestników

Wejście w ogień powinno być poprzedzone starannym przygotowaniem. Na kilka godzin przed przejściem powinna być zachowana atmosfera pełna skupienia. Nie powinieneś również kilka godzin wcześniej jeść. Unikaj wszystkiego, co mogłoby ciebie rozproszyć i obniżyć poziom twojej koncentracji.

Wszystkie czynności przy przygotowywaniu ognia powinny być prowadzone wspólnie – wspólnie porządkujesz teren, układasz stos drewna. Pół godziny przed przejściem dobrze jest wykonać medytację ognia.

Przejście przez ogień.

Przejścia przez ogień dokonaj krokiem szybkim, stąpając całą stopą tak, aby węgle nie wcisnęły się pomiędzy palce. Wzrok skieruj daleko przed siebie utrzymując go lekko wzniesionym. Przechodź pojedynczo, następna osoba wchodzi dopiero wtedy, kiedy poprzednik zszedł już z żarzącej się ścieżki.

Historia praktyka czyli anastenaria.

Grupę anastenaridów otoczyli natychmiast policjanci. Ja stanąłem skromnie z tyłu grupy. I to mnie zgubiło. Bo gdy doszliśmy do żelaznej bramy wiodącej na plac z ogniskiem, policjanci wpuścili anastenaridów… oprócz mnie. Zacząłem krzyczeć, ale nie mogłem się zdradzić, że jestem Polakiem. Po grecku nie umiałem, po polsku było to niecelowe, również po niemiecku. Na szczęście Stamatis Liuros zauważył, co się stało i dał znak, aby idący najbliżej przede mną anastenaridowie interweniowali. Udało się! Ale można łatwo sobie wyobrazić, co pozostało z mojego pięknego transu po szarpaninie z policjantami.

Postanowiłem nie rezygnować i uczestniczyłem w tańcu na żarzących się węglach. Byłem jednak podenerwowany, moje ruchy – mimo woli – były przez to znacznie gwałtowniejsze niż ruchy anastenaridów, więc po paru minutach zasapałem się i postanowiłem przez chwilę odpocząć. Zszedłem z ognistego kręgu i usiadłem na stojącym nieopodal krześle. I wtedy stało się coś strasznego. Rzucili się na mnie naraz i policjanci, i cywile; zaczęli mnie ciągnąć za nogi, podnosić w górę moje stopy. Podczas zsuwania się z krzesła musiałem uważać, by nie uderzyć głową o ziemię i próbowałem tłumaczyć, nie wiadomo dlaczego, po niemiecku, bo i tak przecież nikt nie rozumiał, że wszystko w porządku i że na moich stopach z całą pewnością nie ma żadnych śladów oparzeń. Ale musiano się przekonać, wiele latarek kierowało się na każdą z moich stóp, zanim dano mi spokój.

W swojej popularnonaukowej książce, wydanej w ostatnich latach ubiegłego wieku pod tytułem Wiedza tajemna w Egipcie, polski uczony, dr Julian Ochorowicz napisał:

W hutach żelaza robotnicy przebiegają nieraz gołą stopą po czerwonym żelazie, a niektórzy odważają się zanurzyć rękę w ołów roztopiony. W tych razach noga lub ręka (spocona) zabezpiecza się od bezpośredniego zetknięcia się z metalem warstwą pary wodnej z potu, który przechodząc pod wpływem gorąca w tzw. stan sferoidalny nie dopuszcza ognia do skóry. Naturalnie tylko przez czas krótki, gdyż odparowanie tej wilgoci ochronnej sprowadziłoby niechybnie sparzenie.

Wówczas gdy bliżej przyjrzymy się zjawisku niewrażliwości ciała na ogień, trudno zgodzić się, aby można było wzmożone wydzielanie potu i tworzenie ochronnej warstewki pary uznać za wystarczające wytłumaczenie fizykalne. Jakże bowiem wytłumaczyć niepalność włosów, które przecież nie posiadają zdolności nawilżania się? Jak wytłumaczyć obserwowany nieraz fenomen nie zwęglania się odzieży stykającej się bezpośrednio z żarem? Sam profesor Szarankowa, który w swojej książce Feuergehen przytacza to archaiczne wytłumaczenie, napisał o swoich wątpliwościach.

Gdy w 1960 roku znana nestinarka bułgarska Kera Jordanowa tańczyła na ogniu we wsi Balgari, nagle straciła przytomność i upadła. Świadkowie stojący wokół tego zdarzenia chcieli ją ściągnąć z żaru, ale mąż Kery powstrzymał ich. Fotografowano ją, gdy ponad godzinę leżała na żarzących się węglach. Nieuszkodzone zostały ciało i ubiór, nie zapaliły się jej włosy.

Aloha Firewalking czyli chodzenie po ogniu na Hawaiach

Jak zrozumieć to, co pisze Max Freedom Long w książce Magia kahunówl Opisuje on tam swoje spotkanie w Honolulu z magikiem estradowym popisującym się w lokalu. Magik ten gotował wodę w kubku i wrzątek szybko wypijał. Żarzące się węgle brał do ust i gryzł je. Potem rozgrzał do czerwoności sztabę żelazną i lizał ją, aż z języka unosiła się para. Wreszcie zapalił zwykły palnik spawalniczy, płomień zredukował w stożek koloru niebiesko-zielonego. Przeciął płomieniem kilka sztab żelaznych, aby udowodnić, że nie ma w tym żadnego triku, a potem nie zmieniając nic w palniku wkładał go sobie do ust. Palnik dotykał warg, a płomień sięgał głęboko. Na końcu rozgrzał żelazną sztabę pośrodku i gdy jarzyła się jasnoczerwonym żarem, zacisnął ją pomiędzy zębami, oba jej końce ujął w dłonie i wygiął tę sztabę. Dalej Long napisał:

Skrobaliśmy uprzejmemu dla nas magikowi krawędzie zębów, aby się upewnić, że nie ma na nich żadnej niewidocznej izolacji. Miły ten człowiek zgodził się opowiedzieć nam o swoim życiu. Urodził się w Indiach, miał białych rodziców. Sierotą został bardzo wcześnie. Adoptowali go tubylcy znający sztukę chodzenia po ogrzaniu. Sztuki tej nauczono go, gdy był jeszcze dzieckiem. Wysiadywał codziennie przed lampą opalaną masłem, próbując wyczuć Boga w płomieniu. Starsi często pokazywali mu swoje umiejętności, trzymali ręce nad płomieniem, który ich nie parzył. Pod ich osłoną- potrafił to też mały chłopiec. Z czasem zorientował się, że istnieje jakaś świadomość związana z płomieniem. Po pewnym czasie prosząc o osłonę przeciw gorącu, otrzymał ją. Nie przechodził przez żadną ceremonię oczyszczającą.

W opowieści prof. Godlewskiego jest coś z instruktażu: jak należy chodzić po rozżarzonych węglach. Otóż zasadą numer jeden jest to, aby myśleć o tym, co się robi. Wiele osób oświadcza, że boi się wejść na rozżarzone węgle. Odpowiadam im zawsze, że to bardzo sprzyjająca okoliczność, bo gdy się człowiek boi, to na pewno nie będzie myśleć o czym innym idąc po ogniu. Będzie przez cały czas uwagę swoją skupiał na stopach. I to właśnie powoduje uniewrażliwienie ciała na wysoką temperaturę. W jednej z książek Maksa Fridoma Longa znajdziemy relację dr Brighama, który w pierwszych latach naszego wieku przebywał na wyspie Taiti, gdzie zetknął się z żyjącymi tam jeszcze wówczas magami – kahunami. Doktor wiedział, że kahunowie potrafią chodzić boso po zastygłej, ale żarzącej się jeszcze lawie wulkanicznej. Udało mu się namówić trzech kahunów, aby pokazali mu tę sztukę, a oni zobowiązali się nawet jej go nauczyć.

We czterech wspinali się bardzo długo na wulkaniczną górę szukając krateru, z którego dopiero co wypłynęła lawa. Gdy znaleźli taką ognistą, żarzącą się rzekę, kahunowie zaczęli podnosić duże odłamy skał i rzucać na powierzchnię lawy, by sprawdzić, czy nie jest ona płynna. Bowiem zapadnięcie się nogami w taką płynną lawę skończyłoby się z pewnością nawet dla magów niedobrze.

Okazało się, że lawa już zastygła, ale jeszcze żarzyła się jasnym żarem. Kahunowie przywiązali sobie do stóp liście rośliny ti. Doktor Brigham również, ale do swoich turystycznych buciorów o grubej podeszwie. Kahunowie ostrzegali go, że bogini Peele może się obrazić za te buty. Ale doktor stracił odwagę i powiedział, że albo w butach, albo wcale.

Pierwszy wbiegł na żarzącą się lawę najstarszy z kahunów. Doktor patrzył na to szeroko rozszerzonymi oczami. I nie zauważył przez to, że dwaj młodsi zaszli go od tyłu i w pewnym momencie silnie popchnęli w plecy. Wbiegł na żarzącą się lawę i już nie było odwrotu – musiał biec dalej. W jednej chwili podeszwy butów nadpaliły się, jedna podeszwa odpadła, a druga – niestety – nie odkleiła się całkiem, lecz zaczęła klapać, przy każdym kroku grożąc potknięciem się i upadkiem twarzą na rozżarzoną lawę. Na szczęście udało się dobiec na drugi brzeg.

Kiedy doktor odwrócił się, zobaczył jak zgubiona podeszwa jego buta pali się jasnym płomieniem. Kahunowie zaś siedzieli na ziemi i pokładali się ze śmiechu.

Ale nie tylko w dalekich krajach i w zamierzchłej przeszłości uprawiało się chodzenie po żarzących się węglach. Również w Europie. Krajami, gdzie do dziś zachowała się tradycja chodzenia po ogniu, są Bułgaria i Grecja. W Bułgarii ma to nazwę nestinarstwa. Najpełniejszy obraz bułgarskiego nestinarstwa daje dzieło profesora Emanuila Szarankowa Feuergehen, wydane w 1980 roku w Stuttgarcie. Autor rozpatruje tam chodzenie po ogniu z różnych punktów widzenia: psychologicznego, fizjologicznego oraz historyczno-geograficznego. Badania terenowe prowadził profesor w latach 1945-46, a potem, po zakończeniu najgorszego okresu stalinowskiego, wznowił je w roku 1965.

Badania przeprowadzał w żywych jeszcze wówczas ośrodkach nestinarstwa, jakimi była wieś Balgarii w powiecie Carewo i miejscowość Nowopaniczarewo, duża osada oddalona o 30 kilometrów na południowy zachód od portu Burgas. Takie ceremonialne chodzenie po ogniu odbywało się w Bułgarii corocznie, w dniach św. Konstantego 3 czerwca i św. Heleny 4 czerwca.

Nestinarstwo było obyczajem starożytnym włączonym do obyczajów związanych z przyjętą później religią chrześcijańską. Nestinarowie byli rodzajem sekty należącej do kościoła wschodniochrześcijańskiego. Uroczystości chodzenia poprzedzały zawsze gorące modlitwy, spowiedzi, komunie. Wierzono, że tylko człowiek w ten sposób oczyszczony może bezkarnie chodzić po żarzących się węglach.

Ustawiano wielki stos grubych pni drewnianych i podpalano je wszystkie naraz, aby równomiernie się paliły tworząc później stos żarzącego się zwęglonego drewna. Był on rozsypywany w kształt ognistego kręgu. Jako pierwszy wchodził przywódca nestinarów trzymając przed sobą świętą ikonę z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa i dwóch postaci po bokach – św. Konstantyna i św. Heleny. Za nim dopiero, modląc się, wchodzili pozostali członkowie grupy.

Jak w Polsce zaczęto stosować chodzenie się po ogniu!

Również w naszym kraju nie brak zwolenników chodzenia po rozżarzonych węglach. Zwłaszcza że okazało się, iż ogniste spacery uodparniają organizm i likwidują przeziębienia. Tę metodę terapii stosują m.in.: Bogusław Mikołajczak, Lech Emfazy Stefański i Mariola Chaińska.

Na przejście przez ogień zdecydowało się w Częstochowie kilka osób. Nikt się nie poparzył.

Najlepszą okazją do wypróbowania tego typu terapii są różnego rodzaju targi ezoteryczne. Trzeba bowiem pamiętać, że nie jest to zabawa. Nie wolno eksperymentować samemu!

Fachowcy najpierw przygotowują ognisko, a następnie chętnych do eksperymentu. Instruktor tłumaczy dokładnie zasady zachowania się podczas spaceru bosymi stopami po węgielkach o temperaturze około 260oC. Bogusław Mikołajczak, pod którego okiem chodzono po ogniu m.in. latem zeszłego roku w Krakowie, ostrzegał wszystkich, że nie wolno biec, ponieważ grozi to wbiciem się węgielków między palce. Najlepiej iść wolnym, miarowym krokiem. Nie bez znaczenia jest tu również nastawienie psychiczne i przełamanie strachu przed poparzeniem. Nie należy myśleć o tym, że ten rozżarzony dywan jest gorący. Próbom ognia często towarzyszy muzyka mantryczna służąca uspokojeniu psychiki.

Podczas częstochowskiego Festiwalu Ekologii i Medycyny Naturalnej Bogusław Mikołajczak zachęcał do ognistego spaceru.

– Zasady zasadami, ale gdy nadeszła pora wcielenia ich w życie, kiedy Bogusław Mikołajczak zapytał: „Kto pierwszy?” – odpowiedziała mu cisza – wspomina Jerzy Gracz. – Jako wytrawny dziennikarz obiecywałem sobie, że będę uważnie obserwował reakcje wszystkich uczestników. W tym momencie jednak przestałem być trzeźwym obserwatorem. Na myśl, że za chwilę mam dotknąć stopą czegoś o temperaturze 260oC, czułem, że serce podchodzi mi do gardła. To był paraliżujący strach. Żeby odwlec tę straszną chwilę, przepuściłem kilka osób, które często dodawały sobie animuszu dramatycznymi okrzykami, skutecznie zagłuszającymi rytmiczne mantry.

Niestety, nadeszła i moja kolej. Odruchowo zamknąłem oczy i zrobiłem pierwszy krok. Pamiętając o przestrogach pana Bogusława, za wszelką cenę starałem się nie biec.

Ku mojemu zaskoczeniu pod stopami poczułem jedynie przyjemne ciepło, nic mnie nie parzyło. Z każdym krokiem znikało gdzieś moje przerażenie.

Trudno w to uwierzyć, ale ani na moich, ani na stopach pozostałych uczestników eksperymentu nie było żadnych śladów po tym spacerze. Odwrotnie niż w psychice, przynajmniej mojej. Tu zaszły duże zmiany. Ogarnęła mnie euforia. Byłem dumny, że pokonałem własny strach, słabość. Zwyciężyłem. Nie wiem, czy ta terapia uodporniła mnie na choroby, ale z całą pewnością pozwoliła uwierzyć w siebie, w swoje możliwości, siłę, która tkwi w każdym z nas. Z tej perspektywy kłopoty bledną, nabiera się do nich dystansu. Skoro zrobiłem coś takiego, to przecież nie złamią mnie codzienne troski!

Czasami zdarza się, że powstają drobne oparzenia czy pęcherze. Zaleca się w takich przypadkach przestudiowanie mapy receptorów na stopie i poznanie, który z organów doznał silnego pobudzenia…

Uwaga! Ognisty spacer jest niedozwolony dla kobiet w ciąży, chorych na serce i będących pod wpływem alkoholu.

Artur Ziemacki

/zebrałem w październiku 2004 roku jako materiał edukacyjny, którym się dzielę/